Poroże z patyków

Od ubiegłego roku, kiedy na Targach Rzeczy Ładnych zobaczyłam papierowe rzeźby od Paper Sculpture, marzyłam o własnym kolorowym trofeum.  Niestety za sztukę trzeba słono zapłacić, a ja chwilowo nie dysponuję budżetem kolekcjonera.

Niedawno przeczytałam wpis o papierowej głowie jelonka u Mavelo i zrozumiałam, że ogranicza mnie tylko moja własna wyobraźnia. Niewielkim kosztem można również wyczarować coś niezwykłego.

„Rogi”

Wybrałam dwie gałęzie, które skojarzyły mi się z porożem jakiejś parzystokopytnej istoty.

Po oskrobaniu z kory przy pomocy cykliny, „rogi” były gotowe do montażu na podkładce.

Podkładka pod poroże

Deseczki odzyskane z palet znowu się przydały. Z jednej z nich wycięłam podkładkę pod poroże.

Na powierzchni narysowałam ołówkiem kształt do wycięcia.

Stwierdziłam, że obrys wycięty pod kątem będzie ciekawiej wyglądał. Ustawiłam wyrzynarkę w odpowiedniej pozycji i się zaczęło…

Pierwszy raz robiłam coś takiego i przyznam, że jednoczesne utrzymanie odpowiedniego kąta brzeszczotu i linii prostej cięcia nie było takie proste jak założyłam. To jest jedna z tych rzeczy, które będę musiała jeszcze poćwiczyć. W każdym razie, kształt jaki uzyskałam rozminął się lekko z moim precyzyjnym rysunkiem i symetrię szlag trafił.

Osoby przerażone efektami mojej pracy odsyłam do Allegro. Znajdziecie tam piękne deski pod poroża w cenie ok 10 zł. Ja postanowiłam brnąć dalej.

Stał się cud i szlifowanie poprawiło na tyle sytuację, że deseczka nie skończyła jako podpałka w kominku. Miękkie drewno sosnowe okazało się nad wyraz wdzięcznym materiałem w obróbce.

Tzw. rogi przymocowałam do deseczki za pomocą długich wkrętów. Zarówno deseczka, jak i patyki zostały wcześniej nawiercone.

Malowanie

Całe trofeum pomalowałam białą farbą akrylową.

Kolejnym krokiem było użycie metalicznych farb w sprayu w kolorze miedzi i złota. Pomalowałam nimi końcówki „rogów”. Na cały malowany obszar gałęzi naniosłam kolor miedziany.

Po jego wyschnięciu, już tylko na końcówki, dałam złoto. Powstał ładny, metaliczny gradient.

Następnie naniosłam kolorowe pasy i zdobienia farbami akrylowymi. W pierwszej kolejności namalowałam jaśniejsze detale, a dopiero po ich wyschnięciu sięgnęłam po ciemniejszą kolorystykę.

Po wyschnięciu „rogów” pomalowałam podkładkę. Taka kolejność pozwalała na swobodne manipulowanie całym przedmiotem i wygodne malowanie miejsc gorzej dostępnych.

Pasy namalowałam wyklejając je taśmą malarską. Niestety dla lepszej pigmentacji położyłam dwie warstwy farby, a ta ma to do siebie, że szybko tworzy coś w rodzaju błony, która brzydko rwie się podczas odklejania taśmy. Zapewne krawędzie pasów byłyby bardziej czyste, gdybym położyła jedną warstwę farby i na świeżo usunęła taśmę malarską. Niestety moje farby nie miały odpowiedniej pigmentacji.

Remedium na wszystkie niedociągnięcia okazały się kropki, które ukryły nierówne krawędzie.

Całość zabezpieczyłam lakierem akrylowym.

Trofeum uświetniło przedpokój, zajmując miejsca obok kalendarza i ostatnio malowanej ramki.

Całusy 😉


 

 

Pudełko na pędzle i pierwsze próby z pastą strukturalną

W ramach organizacji moich malarskich klamotów zakupiłam drewniane pudełka w markecie budowlanym. Postanowiłam nadać im trochę charakteru, a przy okazji wypróbować nowy (dla mnie) preparat – pastę modelującą czy jeśli ktoś woli – strukturalną.

Przystępując do pracy nie miałam planu. Pudełko jest wynikiem totalnej improwizacji i nie ma nic wspólnego z aktualnymi trendami w wystroju wnętrz. Nie mniej jednak przypadło mi do gustu, bo wpisuje się w klimat mojej rupieciarni (czyt. stanowiska pracy rękodzielniczej). Nie doszukujcie się też większego sensu w kolejności wykonanych czynności. Zdarzało się, że kolejny krok miał zniwelować efekty poprzedniego. Na tym polegała cała zabawa.

Pudełko przed malowaniem oszlifowałam, głównie w celu oczyszczenia.

Nie wiedziałam czego chcę, ale wiedziałam że nie chcę kolejnego białego pudełka. Dlatego całość machnęłam bajcą wodną w kolorze palisander.

Po wyschnięciu powierzchnie przeszlifowałam (papier ścierny o gradacji 220) i chwyciłam za tubkę z gęstą pastą modelującą: Maimeri Acrilico heavy modelling paste, w kolorze białym 830.

Do pudełka za pomocą taśmy malarskiej przykleiłam szablon i szpachelką nałożyłam pastę. Muszę przyznać, że poszło bardzo łatwo. Pasta ma bardzo gładką i plastyczną konsystencję. Mimo to, że szablon nie przylegał idealnie do powierzchni, prawie nic nie podciekło. Produkt zastygł w ciągu kilkunastu minut, tworząc bardzo wytrzymałą powłokę.

Jedyne czego żałuję, to że nie wymieszałam pasty z jakimś kolorem. Kontrast między białą pastą, a ciemnym pudełkiem wydał mi się za duży, więc na całość położyłam bardzo mocno rozcieńczoną, białą farbę akrylową. Ornament jest wypukły, więc i tak będzie widoczny, a ma być tylko tłem, a nie główną ozdobą.

Po przeszlifowaniu powierzchni na środek boku pudełka przeniosłam wydrukowane grafiki za pomocą zmywacza do paznokci z acetonem. Wystarczyło wydruk docisnąć mocno wacikiem.

Jak widać zmywacz zabrał ze sobą część białej farby. Przeszlifowanie w tych miejscach zatarło granice kolorystyczne.

Jakość transferu wyszła średnia, więc kontury podrasowałam czarną farbą akrylową.

Skoro o farbach mowa to metodą suchego pędzla pomalowałam ornamenty i boki pudełka. W ten sposób wprowadziłam błękitne i zielone tony. Potem te kolory wymieszałam z pastą strukturalną i naniosłam na końce transferowych pędzli. Zrobiłam też spływające krople.

Całość zabezpieczyła matowym lakierem akrylowym do parkietów. Aby bardziej wydobyć trójwymiarowe elementy pociągnęłam je dodatkowo lakierem błyszczącym.

Podsumowując, praca z gęstą pastą strukturalną okazała się bardzo miłym doświadczeniem. Zaskoczyła mnie łatwość aplikacji i trwałość uzyskanych zdobień. Pewnie jeszcze nie raz do niej wrócę.

 Całusy 😉

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Rocznica

Czy wiecie, że to już rok funkcjonowania naszego bloga? Tak właśnie 6.06. to data pojawienia się POZYTYWNI i pierwszego wpisu 🙂

To rok zdobywania wiedzy, pełen nowych doświadczeń i eksperymentowania. Pewnie nie wszystko nam się udało, ale też same siebie zaskoczyłyśmy nie raz nowymi pomysłami i efektami naszych prac. Z dumą też stwierdzamy jak bardzo się rozwinęłyśmy, ale również poznałyśmy jeszcze lepiej nasze słabe strony i obszary w których warto się doskonalić.

Każdy nowy like na naszym funpage’u, każdy  komentarz do naszych postów  jest dla nas bardzo ważny, prawie na wagę złota.

I najważniejsze…mamy ogromna radość z tego co robimy i chciałybyśmy bardzo, żeby nasz blog dynamicznie  rozwijał się w kolejnych latach, a nasze posty były dla Was inspiracją do podejmowania Waszych odważnych działań.

Zapraszamy do podsumowania naszych dokonań:


DIY – to temat przewodni dużej części naszych wpisów i początek naszej przygody z POZYTYWNIA.pl. Były na blogu metamorfozy mebli i drobniejsze projekty dekoracyjne:

Wianki z szyszek
Taboret po liftingu
Wyczesane podkładki

Dywagacje przy porannej kawie – cykl w którym Ania podzieliła się refleksjami dotyczącymi relacji z bliskimi i z otoczeniem, a także motywowała Was i nas do pozytywnego spojrzenia na świat:

Dywagacje przy porannej kawie cz. 1 Historia filiżanki w granatowe kropki
Dywagacje przy porannej kawie cz.10. Chciało Ci się?
Dywagacje przy porannej kawie cz. 14 My i nasze psy

 


Relacje  – zapisy naszych wrażeń z wystaw i innych wydarzeń, którymi chciałyśmy się z Wami podzielić:

„W oczekiwaniu”… wystawa dekoracji adwentowo-bożonarodzeniowych
Targi Rzeczy Ładnych
Ceramika z Bolimowa

Kartki z podróży – impresje z odwiedzonych miejsc:

 

Lanzarote moja miłość
Dolny Śląsk. Największy bukiet kwiatowy czyli Palmiarnia w Książu.
Święto ceramiki Bolesławiec 2016

 


Ogród i kuchnia – nasze doświadczenia i rekomendacje ogrodnicze i kulinarne:

Zielonym do góry!
Chleb na zakwasie z piekarnika – level beginner
Akcja cukinia vel kabaczek – podsumowanie

 

Ania, Ewa, Justyna

 

Tajemniczy ogród na ścianie, czyli cz. 5 cyklu o recyklingu palet

Pomysł na wiecznie zieloną półeczkę narodził się po Wielkanocy, kiedy to z wianków wydłubałam chrobotek reniferowy. Popatrzyłam na tę zieleninę i pomyślałam, że żal chować do pudełka. Wtedy oświeciło mnie, że ciągle mam sporo deseczek sosnowych odzyskanych palet. Mimo tego, że nie jest to łatwy materiał do pracy, bo są nierówne i powyginane, podjęłam wyzwanie.

pointing s  Potrzebne materiały:
  • półka: deseczki: 2 x 50 cm, 2 x 40 cm; listewka 40 cm; bejca; wosk; papier ścierny;
  • szyld: tektura lub karton; wydruk w odbiciu lustrzanych; emulsja biała do ścian; acetonowy zmywacz do paznokci; farby akrylowe (czarna, zielona); lakier akrylowy;
  • plecy półki: siatka o oczkach 1 x 1 cm, chrobotek reniferowy lub mech (mój pochodzi z Allegro), pinezki tapicerskie.
pointing s  Przydatne machiny:
  • wyrzynarka lub piła,
  • wiertarko-wkrętaka + wkręty,
  • nakładka na wiertarkę do szczotkowania drewna lub szczotka stalowa,
  • szlifierka oscylacyjna.
Przygotowanie deseczek a ciemna strona mocy

Pierwszym krokiem było przycięcie deseczek do wymiarów jakie założyłam: 2 deseczki 40 cm, 2 deseczki 50 cm, listewka 40 cm. Użyłam wyrzynarki, ale bardziej krzepkie osoby mogą pracować unplugged – piłą.

A teraz mały „coming out”: przeszłam na ciemną stronę mocy. Po latach lekkomyślnego narażania się na pylicę nabyłam wreszcie maskę masek – uzbrojenie twarzy w niczym nie ustępujące stylówce Lorda Vadera. Większość pań kręci nowa torebka, mnie kręci nowa maska. Mimo, że wygląda pancernie jest to pierwszy model, w którym mogę swobodnie oddychać.

Wszystkie elementy półeczki poddałam szczotkowaniu. Druciana szczotka ładnie wybrała miękkie drewno wczesne. O budowie drewna i szczotkowaniu szerzej możecie poczytać we wpisie o Wyczesanych podkładkach.

Po szczotkowania, niektóre zadziorki zeszlifowałam papierem ściernym o gradacji 180. Nie starałam się specjalnie, bo docelowe szlifowanie będzie zrobione po bejcowaniu.

Skręcanie półki i międzynarodowy wzorzec koślawości.

Muszę przyznać, że nadal nie zaprzyjaźniłam się z wkrętami. Jest to chłodna i trudna relacja, ale wiem, że jak w każdym związku ciężka praca da w końcu rezultaty.

Po skręceniu uzyskałam najbardziej koślawą półkę na świecie – mogłaby leżeć (a w zasadzie wisieć) w Międzynarodowym Biurze Wag i Miar w Sèvres, jako wzorzec koślawości… Spojrzałam na nią i pomyślałam: do cholery, JA nie dam rady! Po godzinie zmagań było już lepiej – półka zaczęła nawet przypominać prostokąt.

Przy tej okazji przypomnę, że przed wkręcaniem dobrze jest nawiercić otwór w drewnie, dzięki czemu unikniemy pękania – szczególnie jeśli miejsce wkręcania jest blisko krawędzi.

Bejcowanie i woskowanie

Do nadania koloru użyłam bejcy wodnej w kolorze szarym.

Po bejcowaniu wszystkie zadziorki stanęły dęba i trzeba było ponownie szlifować, tym razem papier o gradacji 240.

Na koniec w drewno wtarłam wosk biały, który rozjaśnił kolor i podkreślił fakturę szczotkowanej powierzchni.

Tekturowy szyld

Owalny szyld z napisem „Secret Garden” miał być zwieńczeniem półeczki. Kształt odrysowałam i wycięłam z tektury (2 mm) nożyczkami.

Grafika miała być przeniesiona metodą transferu na zmywacz. Pierwsza próba dała marny efekt, pewnie ze względu na dość chropowatą powierzchnię tektury. Dlatego sięgnęłam po moją niezawodną konfigurację transferową: biała emulsja do ścian Śnieżka EKO + acetonowy zmywacz do paznokci ISANA (Rossmann). Podaję z premedytacją nazwy, bo nie każda konfiguracja tego typu produktów daje tak dobry efekt przeniesienia grafiki.

Tekturę potraktowałam jak drewno – nałożyłam 2 warstwy emulsji, wysuszyłam, lekko wygładziłam papierem ściernym (gradacja 320). Na tak przygotowaną powierzchnie położyłam zadrukowaną stroną wydruk laserowy i docisnęłam mocno wacikiem nasączonym zmywaczem. Po chwili wydruk usunęłam,  a moim oczom ukazał się bardzo przyzwoity transfer napisu i ramki.

Przy pomocy czarnej i zielonej farby akrylowej oraz gąbki przyciemniłam brzegi owalu.

Na koniec szczoteczką do zębów napstrykałam czarne kropki z rozcieńczonej, czarnej farby akrylowej.

Całość zabezpieczyłam bezbarwnym lakierem akrylowym do drewna Vidaron (satyna).

Owal celowo nie pokrywa się obrysem ozdobnej ramki. Po bokach zaplanowałam trochę dodatkowego miejsca na pinezki tapicerskie do zamocowania szyldu.

Zielone plecy

Było trochę zamieszania z mocowaniem chrobotka i koncepcją „pleców” półki. Powstały dwie wersje.

Najpierw wycięłam z kartonu prostokąt i okleiłam go taśmą dwustronną, na której miała się trzymać zielenina.

Jak tylko powiesiłam półkę na ścianie większość chrobotka odpadła… Smutek mnie ogarnął, bo akurat byłam „na działce” i nie miałam przy sobie pistoletu i kleju do klejenia na gorąco, który mógłby uratować sytuację. No nic, trzeba było zmienić koncepcję.

Na wsi nie ma pistoletu i kleju, ale jest sklep rolno-przemysłowy. Po krótkiej wycieczce rowerowej wróciłam z siatką z tworzywa sztucznego, o oczkach 1 x 1 cm. Koszt siatki (50 x 40 cm) wyniósł 0,65 zł ! Gdybym była tego świadoma wcześniej, nawet nie spojrzałabym w kierunku taśmy dwustronnej.

Siatkę przymocowałam do ramy takerem. Mocowanie zrobiłam tak, aby z tyłu zostało trochę miejsca. Dzięki temu przeciągnięty przez siatkę rośliny lub ozdoby nie będą opierać się o ścianę.

Chrobotek poprzetykałam przez siatkę, zaczynając od jej dołu, nakładałam na siebie kolejne warstwy, tak aby pasma zieleniny były skierowane ku dołowi.

Widok półki od tyłu.

W stosunku do metody z taśmą dwustronną, zużyłam więcej porostu (ok. 400 g), ale jest on ciaśniej upakowany, dzięki czemu tworzy puszystą powłokę, która wypełniła praktycznie całą grubość półki. Zaletą tej metody jest również możliwość wyjęcia chrobotka z siatki i wykorzystanie do innego projektu. W siatkę można wpleść również kwiaty lub liście. Z tyłu zmieści się nawet kilka probówek z wodą, jeśli ktoś chciałby stworzyć trwałą kompozycję z żywymi roślinami.

Tak bywa z tego typu projektami, że dopiero na końcu okazuje się co zrobiliśmy. Półka stała się ramą, choć i to jest dyskusyjne. Mój mąż spojrzał na moje dzieło i powiedział: ładny ten ołtarzyk… Na szczęście ten eksponat ma tabliczkę z podpisem.

Całusy 😉

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Jak zamienić plastik w kamień, czyli bazyliszek vs farby kredowe

Jedną z moich słodkich tajemnic jest zamiłowanie do literatury i gier w klimacie fantasy: bliżej nieokreślona przeszłość lub przyszłość, magia, dzielni wojownicy i potwory. Gdybym mieszkała w realiach „Wiedźmina” w ogóle nie byłoby problemu z zamianą czegokolwiek w kamień. Po zakupach w Pepco udałabym się do najbliższego legowiska bazyliszka i po sprawie. W naszej rzeczywistości muszę radzić sobie bardziej konwencjonalnymi metodami.

Rozpoczynając ten wpis nie przypuszczałam, że porównam farby kredowe do mitycznego króla węży, ale chyba nie mam już wyjścia. To właśnie one nadadzą plastikowi teksturę i kolor.

Na rynku jest ogromny wybór farb kredowych. Fajne zestawienie znajdziecie na blogu Odnawialnia. W przypadku plastikowej ramki uznałam, że sięgnę do korzeni – po farbę strukturalną, jaką dla mnie jest Annie Sloan Chalk Paint. Farba jest bardzo gęsta i nadaje malowanej powierzchni fakturę. Oczywiście można ją rozcieńczyć wodą i uzyskać gładkie wykończenie, co często robię malując meble. Jednak tym razem nie o to chodzi.

Zdjęcia nie oddają tego,  jak potwornie plastikowa była ta ramka – może nawet lepiej, że nie została przedstawiona bazyliszkowi, bo gad mógłby sam zmienić się w tworzywo sztuczne. No cóż, taki jest urok chińskich wyrobów za 9.99 zł.

Pierwszym krokiem było odtłuszczenie powierzchni, czyli w tym przypadku staranne umycie wodą z detergentem.

Do farby Annie Sloan w kolorze Old White dodałam odrobinę zwyklej, czarnej farby akrylowej, uzyskując szary kolor. W palecie AS jest podobny kolor pt. Paris grey, niestety nie miałam go pod ręką.

Na ramkę naniosłam dwie warstwy farby kredowej i poczekałam aż wyschnie.

Następnie odrobinę białej farby kredowej rozcieńczyłam lekko wodą i dokładnie wymieszałam. Nabrałam niewielką ilość na pędzel i dokładnie wytarłam go w papierowy ręcznik.

Pozostałą resztką delikatnie omiotłam ramkę. Biała farba wydobyła wszystkie nierówności i detale. Tą samą techniką malowałam też ramę do Tablicy Pele-mele.

Na koniec ramkę zabezpieczyłam matowym lakierem akrylowym do parkietów.

W ramkach niesamowite zdjęcia Eugenio Recuenco z kalendarza Lavazza 2007.

Efekt końcowy nie jest tak spektakularny, jak po interwencji bazyliszka, ale nie oczekujmy zbyt wiele: bez ryzyka nie ma zabawy.

Konkluzja tego wpisu jest następująca: trzeba i można malować wszystko !

Całusy 😉

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Złocenie i lakier szklący na gałkach meblowych, czyli błysk widoczny z kosmosu

Po złoconych doniczkach i wielkanocnych jajach, zabawa szlagmetalem nadal mi się nie znudziła. Zaczyna się z tego robić jakieś natręctwo i chyba czas porzucić nadzieję, że nie pójdę w ślady Midasa. Niepomna zagrożenia zabrałam się za kolejny złoty projekt. Tym razem padło na gałki meblowe, bo to przecież taka biżuteria dla wnętrza, więc niech się błyszczy!

pointing s  Potrzebne materiały:
  • drewniane gałki meblowe,
  • szlagmetal,
  • klej do złoceń np. mixtion + pędzel,
  • lakier spirytusowy np. werniks + pędzel,
  • lakier wodny błyszczący (patrz niżej) lub zwykły lakier akrylowy z połyskiem + pędzel,
  • farba akrylowa turkusowa,
  • szerszy pędzel lub waciki,
  • szczoteczka do zębów (lub pędzel ze sztywnym włosiem),
  • pinezki tapicerskie z ozdobnymi główkami + młotek.
Wisienki na torcie

Za punkt wyjścia posłużyły mi sosnowe (śr. 4 cm) i bukowe (śr. 3 cm) gałki zakupione w markecie budowlanym. Cena w przedziale 2-4 zł zachęca do nabycia większej ilości i eksperymentowania.

Wymyśliłam sobie, że wisienkami na torcie będą pinezki tapicerskie. Zrobiłam próbę, czy aby na pewno uda się wbić pinezkę nie niszcząc ozdobnej główki. Zarówno w drewno sosnowe jak i bukowe pinezki weszły bez problemu. Użyłam młotka blacharskiego z obuchem z tworzywa, ale zwykłym też można to zrobić.

Złocenie

Przed transformacją gałki odtłuściłam alkoholem. Tak, jak to opisałam już w Złoconych doniczkach na powierzchnię naniosłam klej do złoceń i odczekałam ok. 15 minut.

Następnie nałożyłam kawałki szlagmetalu w dwóch kolorach złotym i miedzianym – zostało mi sporo skrawków po poprzednich projektach.

Analogicznie jak w przypadku złoconych jaj, zaokrąglona powierzchnia będzie powodować marszczenie folii, ale nie ma się czym przejmować. Wszystkie usterki można łatwo wygładzić pędzlem lub wacikiem.

Na zdjęciu powyżej widać, że błyszczący szlagmetal podkreślił wszystkie nierówności, których w przypadku miękkiego drewna sosnowego było sporo. Widoczne są nawet prążki usłojenia. Jeśli takie wykończenie wam nie odpowiada wybierzcie uchwyty np. z drewna bukowego. To drewno jest twarde, a jego powierzchnia będzie gładka.

Na szlagmetal nałożyłam lakier spirytusowy i odczekałam aż wyschnie.

Knucie i kropki

Lakier wysychał, a ja knułam, jak zepsuć tak ładnie rozpoczęty projekt. Początkowo miała być patyna, ale przez tę zimną wiosnę człowiek jest tak spragniony koloru, że postawiłam na turkus. Gałki opryskałam farbą akrylową, a co większe kropki domalowałam.

Błysk widoczny z kosmosu

Podchodząc bardzo poważnie do hasła przewodniego tego projektu: „niech się błyszczy!” postanowiłam przetestować dwa lakiery wodne, które powinny sprawić, że błysk będzie widoczny nawet z kosmosu: High-gloss Varnish Amsterdam oraz Wodny lakier szklący/ Glaze look Varnish Renesans.

Ten drugi producent zaleca wypiec (80 st. C/ 30 min.) w piekarniku dla uzyskania szklistego efektu i odporności na zarysowania. Zalecenie świetne w przypadku szkła lub ceramiki, ale moje gałki są z drewna, które z pewnością zawiera sobie w sobie resztki wilgoci. Ta podczas obróbki w piekarniku zechce się uwolnić, dewastując szlagmetal. To są tylko moje dywagacje, ale uzasadniają dlaczego zrezygnowałam z obróbki termicznej.

Na gałki o mniejszej średnicy poszedł Amsterdam, a na większe Renesans – dałam 4 cienkie warstwy. Lakier marki Renesans ma konsystencję wodnistą i trzeba bardzo uważać, żeby nie powstały zacieki. Amsterdam jest gęstszy, żelowy i aplikuje się swobodniej. Uzyskany efekt jest zbliżony, z przewagą  szklistego efektu dla Renesansu.

Na koniec wbiłam pinezki tapicerskie. Dzięki temu, że na początku zrobiłam otwory pilotażowe poszło to bardzo sprawnie, bez ryzyka uszkodzenia lakieru.

Nie pozostało już nic innego, jak zamontować i cieszyć się błyskiem.

Ostrzeżenie

Uwaga: malowanie gałek meblowych ma tendencje do przeradzania się w uzależnienie – poniżej kolejny komplet, tym razem ultramaryna i złoto. Mam nieodparte wrażenie, że nie jest ostatni…

Całusy 😉


Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Ku ogrodowemu natchnieniu

Sezon ogrodowo-balkonowy właśnie się zaczyna. Ci co lubią tę formę spędzania wolnego czasu stoją własnie przed bardzo poważnymi 🙂 decyzjami. Dylematy typu co by tu jeszcze dosadzić, co przenieść w inne miejsce, bo w obecnym marnieje i inne tego typu kwestie zaprzątają nam myśli. Ku natchnieniu zatem puszczam parę fotek z moimi facsynacjami pnączowymi.

Francja, gdzieś

Pisałam już przy okazji zeszłorocznego balkonu, że jestem zauroczona  winobluszczem trójklapowym (Parthenocissus tricuspidata)- http://www.pozytywnia.pl/zielonym-do-gory/.

Nie mam problemu z przyznaniem się do tej słabości. Na stówę znalazłoby się parę większych wad!  A roślina ta jest piękna,  piękniejsza niż jej kuzyn  winobluszcz pięciolistkowy, w Polsce popularniejszy, bo odporniejszy na mróz. Oba nadają się do obsadzania ogrodzeń, murów, pergoli, ale przede wszystkim są niezastąpione do obsadzania ścian budynków. I to zastosowanie podoba mi się najbardziej. Pasjami łapię te egzemplarze na fotkach z podróży.

Włochy jakieś chyba ?
Francja
Wenecja
Berlin
Toscania
Kopenhaga chyba

Zobaczcie, jakżesz pięknie może być!!

pięciolistkowy w jesiennej odsłonie – Warszawa

I o ile poprzednie pocztówki to architektura  ‚jakby luksusowa’, bo głównie miejska, to na wsi w zestawieniu ze zwykłymi jeżówkami też daje radę.  I nie traci przy tym nic ze swojej dachówkowatej elegancji.

wiejskie klimaty

Zachęcam, namawiam, inspiruję i proszę. Sadździe winobluszcze!! I robię to głównie dla siebie, bo jak więcej ludzi będzie je sadzić, tym piękniej będzie też mnie,  tak to sobie wykombinowałam 🙂

Z trójklapowymi pozdrowieniami, miłego dnia..

Ewa

 

Dywagacje przy porannej kawie cz.14 My i nasze psy.

Dziś chciałabym porozmawiać z Wami o psach. O naszych kochanych pieskach, które ….. uczą nas miłości. Tak właśnie do takich wniosków doszłam obcując z moimi psami.

Od dziecka marzyłam o psie. Moi rodzicie nie wyrażali zgody. Nie raz próbowaliśmy z bratem przynieść do domu szczeniaka, ale zawsze kończyło się to stanowczym brakiem zgody ojca. Jako nastolatka postanowiłam, że moim  pierwszym zakupem, jak będę miała własne mieszkanie, będzie pies. Tak się nie stało. Pies w naszym domu pojawił się wiele lat później i był kompromisem, zamiast  rodzeństwa dla naszej córeczki.

Był piękny, dostojny, niezwykle mądry. Przeżył z nami 14 lat. Był z całą pewności członkiem naszej rodziny. Kochaliśmy go wszyscy troje.  A ja obcując z nim zrozumiałam, że można kochać każdego dnia bardziej. Rozstanie z naszym psem przeżyliśmy bardzo. Jego choroba nie dzieliła nas, nie zwalaliśmy na siebie obowiązków opieki nad chorym zwierzęciem, a wręcz przeciwnie, choroba naszego zwierzątka cementowała naszą rodzinę  i mobilizowała do wspólnej walki o jego zdrowie i życie.

Po bolesnym rozstaniu, które przeżywaliśmy wszyscy bardzo, choć każdy z nas w zupełnie inny sposób, zdecydowałam o tym, że w naszym domu pojawi się nowy pies, a dokładnie suczka.  Od pierwszych dni pokochaliśmy nasze maleństwo, choć nie zapomnieliśmy nigdy naszego pierwszego psa.

No dobrze, zapytacie, ale dlaczego w dywagacjach taka opowieść?

Chciałam tym postem zwrócić Waszą uwagę na to, że dzięki zaproszeniu do naszego domu i naszej  rodziny zwierzątka uczymy się wszyscy. To nie my pomagamy psu, ale on pomaga nam….Mamy szanse dowiedzieć  się więcej o nas samych. O naszych słabościach, ułomnościach, zachowaniach, szczególnie w tych nietypowych sytuacjach, ale i możliwościach, pokładach emocji i uczuć, które w nas są, a do których nie zawsze sami przed sobą potrafimy się przyznać.

Psy uczą nas też wybaczania… Czy zastanawialiście kiedyś ile trzeba mieć w sobie dobroci, żeby wybaczyć człowiekowi wszystko złe, co zrobił psu?

I z tą refleksją chciałabym zostawić Was dziś przy porannej kawie. 🙂

Miłego, dobrego dnia. 🙂

Ania

 

 

 

 

Konserwacja mebli ogrodowych

Taka sytuacja: wczesna wiosna, przygrzewa słoneczko. Nie marzę o niczym innym jak, rozprostować kosteczki w jego promieniach rozsiadając się wygodnie z ciepłym kubkiem dowolnej używki. Ale zanim nastąpi słodka chwila lenistwa, trzeba sobie przygotować godne warunki. To dobry moment zanim nie zaatakuje zieleń i większości czasu nie zgubię między rabatami.

Dorotka w krainie impregnatów

Konserwacja drewnianych mebli ogrodowych jest łatwa. Może się wydawać inaczej, kiedy spoglądamy na półki w sklepie uginające się od niezliczonej ilości preparatów. Zwykle stoją przed nimi panowie w sile wieku, którzy przez zmrużone oczy krytycznie taksują ofertę. Początkowo myślałam, że to wysokiej klasy specjaliści od konserwacji drewna, więc szybko wycofywałam się udając szalenie zdziwioną, niczym Dorotka, która zamiast do OZ została rzucona przez tornado do alejki z impregnatami. Musiało minąć trochę czasu, abym zrozumiała, że tamci faceci są bardziej zagubieni ode mnie, a napięcie na ich twarzach wyraża desperację: bo żona kazała płot pomalować, więc (%$&^&*) trzeba coś kupić i do cholery kto wymyślił tyle tych puszek…

A puszki są potrzebne zwykle tylko dwie: grunt i powłoka ochronno-dekoracyjna. Dostępne są oczywiście preparaty typu wszystkie funkcje w jednym, ale ich nie polecam, bo jestem z natury pragmatyczna i nie wierzę w cuda.

Meble ogrodowe potrzebują ochrony przed:

  • biologią (głównie grzybami i drewnojadami),
  • wilgocią,
  • słońcem.

Przed atakiem biologii uchroni nas impregnat gruntujący (ok. 30 zł/l), który zawiera biocydy. Większość impregnatów dekoracyjnych, lakierobejc, lakierów, olejów czy farb nie zawiera ich w swoim składzie.

Grzyby, które wyrosły na niezabezpieczonym bruku dębowym. To tylko ułamek tego co zebrałam podczas ubiegłej jesieni.

Natomiast ochronę przed wodą, słońcem + dekorację może zapewnić jeden z poniższych preparatów, ale co ważne z pigmentami. Zwykle preparaty bezbarwne nie zapewnią ochrony przed UV.

impregnat dekoracyjny olej lakier i lakierobejca emalia/ farba akrylowa
ok. 15 zł/ l ok. 40-100 zł/ l ok. 50-70 zł/l  ok. 30 zł/l
ok. 10 m2/l ok. 15-25 m2/l ok. 15-20 m2/l ok. 6-10 m2/l
może być na powierzchnie nieoszlifowane może być na powierzchnie nieoszlifowane na powierzchnie oszlifowane na powierzchnie oszlifowane
wnika w drewno wnika w drewno tworzy powłokę tworzy powłokę
nadaje kolor, usłojenie widoczne nadaje kolor, podkreśla usłojenie nadaje kolor, nie kryje kolor kryjący
wykończenie matowe wykończenie matowe wykończenie  błyszczące lub matowe wykończenie  błyszczące lub matowe
powierzchnia sucha, szorstka powierzchnia miła w dotyku powłoka gładka, może pękać powłoka gładka, może się łuszczyć
powierzchnia łatwa do odnowienia powierzchnia łatwa do odnowienia powierzchnia trudna do odnowienia powierzchnia trudna do odnowienia
odnawianie co sezon odnawianie co 2-3 sezon odnawianie co kilka lat odnawianie co kilka lat

Środki mogą być na bazie wody lub rozpuszczalnika. Nie zauważyłam różnicy w jakości. Stosuje zwykle wodne, bo nie śmierdzą.

Konserwację drewna w ogrodzie zaczynałam od lakierobejc. Wydawało mi się, że jak powłoka wytrzyma kilka lat to zaoszczędzi mi to roboty. Poza tym taka, błyszcząca i piękna była 🙂 . W międzyczasie upodobania się zmieniły, a lakierobejca zaczęła nieładnie pękać i odpryskiwać. Teraz trzeba całość zeszlifować, co nie napawa mnie entuzjazmem.

Sosnowa ławka pokryta lakierobejcą w kolorze zielonym, stan po 5 latach od malowania. Mebel osłaniany na zimę.

Na kolejne meble aplikowałam impregnaty dekoracyjne. Owszem są tanie, ale powierzchnia wydaje się bardzo sucha i szorstka. Drewno długo jest mokre po deszczu. Kolor przez jeden sezon wyblakł.

Wreszcie oleje. Jak dla mnie strzał w dziesiątkę. Powierzchnia mebla jest miła w dotyku, ewidentnie nie lubi się z wodą, którą wystarczy zetrzeć ręką, a kolor po trzech sezonach ciągle żywy. Nie ukrywam, że namawiam Was na tę opcję. Leniwce takie, jak ja olej nakładają co 2-3 sezon.

Jeśli nałożycie na mebel jeden z powyższych preparatów to zawsze będzie sukces w kwestii ochrony przed niszczeniem. Pozostaje kwestia walorów dekoracyjnych.  Tego wątku nie będę rozwijać, bo musiałabym napisać w końcu, że bardzo podoba mi się szaro-srebrne, zniszczone drewno. Ktoś mógłby jeszcze pomyśleć, że ten wpis nie ma w tej sytuacji sensu…

Przygotowanie powierzchni

Zanim chwycimy za pędzel trzeba okazać meblom trochę czułości. Przed nałożeniem jakiejkolwiek powłoki należy drewno oczyścić i osuszyć. Po prostu w suche drewno preparaty będę głębiej wnikać.

Ławka sosnowa konserwowana impregnatem dekoracyjnym w kolorze tik, stan po roku od malowania. Mebel osłaniany na zimę.

Ławkę z drewna sosnowego, wypchnęłam na słońce i oszlifowałam. Wystarczyłby papier ścierny, ale ja uwielbiam elektronarzędzia, więc w ruch poszła szlifierka.

Podobny los spotkał dębowy stół i ławę. Z dumą dodam, że wykonane przez mojego brata, który wbrew pozorom nie jest stolarzem.

Wszystkie te meble były w poprzednim sezonie malowane tym samym impregnatem dekoracyjnym w kolorze tik. Dobór koloru, jak i położenie Atlantydy pozostaną zagadką.

Malowanie

Na oszlifowaną powierzchnię naniosłam pędzlem jedną warstwę gruntu impregnującego. Po ok. 4 godzinach przeszłam do nakładania oleju w kolorze dąb.

Niezależnie od tego, na jakie preparaty się zdecydujemy lepiej nałożyć 2-3 cienkie warstwy niż jedną grubą. Pierwszą warstwę oleju nałożyłam pędzlem. Preparat został wchłonięty przez suche drewno błyskawicznie.

Kolejne dwie warstwy wcierałam szmatką: pierwszą jeszcze tego samego dnia, a ostatnią następnego.

Wcielanie trzeciej warstwy oleju w sosnową ławkę.

Po zaolejowaniu powierzchnia ławki jest milsza w dotyku i prezentuje się znacznie lepiej. W przypadku drewna sosnowego kolor jest wyrównany, mimo to, że nie zeszlifowałam do końca pigmentu z impregnatu dekoracyjnego.

Natomiast twardy dąb „wypił” mniej oleju i widoczne są niedociągnięcia po szlifowaniu. Kolor jest znacznie mniej nasycony niż w przypadku sosnowej ławki. Trzeba było zrobić poprawki – ponowne szlifowanie i olejowanie.

Po zaolejowaniu dębowego stołu wyszły wszystkie niedoszlifowane powierzchnie.

Jak widać na zdjęciach poniżej efekt końcowy, pomimo zastosowania tego samego preparatu będzie różny, w zależności od rodzaju i kondycji drewna.

Można wreszcie wyciągnąć się na słońcu i napić czegoś dobrego. Tylko gdzie to słońce ?!

Całusy 😉


 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Relacja z wystawy tulipanów i życzenia pięknych Świąt.

W dniach 31 marca-2 kwietnia w Wilanowie odbyła się IX wystawa tulipanów.

Na wystawę trafiłam po otrzymaniu informacji na portalach społecznościowych i przyznaję,  sądziłam, że będzie na niej więcej eksponatów i większa różnorodność odmian. Jednak po dotarciu na miejsce i obejrzeniu wystawy, byłam po raz kolejny urzeczona urodą tych zupełnie niedocenianych kwiatów. A spowodowały to nie wyszukane kompozycje florystyczne, ale same tulipany, czarujące swoim pięknem.

Wystawa nie była duża. Przygotowana w oranżerii w parku Pałacu w Wilanowie. Tulipany prezentowane były w prostych,  szklanych wazonach.

Podczas  wystawy uczestnicy mogli głosować na wybraną, ulubioną odmianę.

Moja ulubiona odmiana 🙂 Na tę właśnie głosowałam.

Dla mnie niezmiennie najpiękniejsze są gatunki białe, delikatne, ale ujmujące  swoją delikatnością. Chociaż przyznaję wybór tego najpiękniejszego wcale nie był łatwy.  Z resztą zobaczcie sami.

A już w maju zapraszam Was na relację z bajkowego Keukenhof w Holandii. Postaram się zrobić mnóstwo zdjęć i przygotować foto relację, która zachęci Was do odwiedzenia tego miejsca za rok. Mam nadzieję, że mi się to uda.

A wszystkim odwiedzającym naszą Pozytywnię życzymy jeszcze raz, pięknych kolorowych, pełnych radości i miłości Świąt. 🙂

Ania