Szablony dla początkujących

Zdobienie przy pomocy szablonów to chyba najprostszy z możliwych sposób. Jednak najprostszy nie oznacza najłatwiejszy – na początku miałam problemy z osiągnięciem czystego wykończenia. Pomyślałam, że nie każdy musi głową mur przebijać. Mam nadzieję, że ten wpis przyda się szczególnie osobom początkującym.

Tajniki techniki

Niezależnie od tego czy mamy do czynienia z szablonem z tworzywa sztucznego czy np. z papieru kluczowe są trzy sprawy:

  • dobór odpowiedniego narzędzia do nanoszenia farby np. gąbka lub specjalny pędzel,
  • unieruchomienie szablonu (np. przez przyklejenie taśmą malarską lub specjalnym klejem w sprayu),
  •  oszczędna aplikacja farby, wosku, bejcy czy innej powłoki barwiącej (na tyle mało, aby nie podciekała pod szablon).

Dla mnie największym problemem na początku było ustalenie ile farby właściwie powinnam mieć na gąbce lub pędzlu. Moja wrodzona szczodrość podpowiadała, że na bogato. Efekty były opłakane, co widać na zdjęciu poniżej (biała aplikacja).  Okazało się, że w tym przypadku im mniej, tym lepiej. Farbę można nanieść kilka razy małymi porcjami. Dzięki temu nie będzie podciekać pod szablon.

szablon1
Efekt podciekania farby pod szablon.
szablon2
Ten sam szablon co wyżej – tym razem ilość farby dużo mniejsza.

Czym nanosić powłokę? Na początku używałam tzw. gąbkowych pędzli do tapowania. I nadal czasami po nie sięgam jeśli mam duży wzór, który nie wymaga dokładności. Do prac precyzyjnych używam… pociętego zmywaka kuchennego.

Ostatnio moim faworytem jest pędzel o okrągłej główce ze ściętym włosiem.

Nawet kiedy szablon niedokładnie dotyka malowanej powierzchni daje on bardzo czyste wykończenie. Warunkiem jest nanoszenie farby przez uderzanie w szablon (tapowanie) pędzlem pod kątem prostym.

Myć szablon czy nie myć ? Oto jest pytanie.

Szablony z tworzywa sztucznego pozwalają wielokrotnie nanosić wzór. Dyskusyjna jest kwestia mycia – usuwania farby z szablonu po jego użyciu. Jedna szkoła mówi: myć (kolejne warstwy farby będą zniekształcać krawędzie, co będzie powodować podciekanie farby), natomiast druga: nie myć (ze względu na ewentualne uszkodzenie detali szablonu podczas mycia).

Ja przychylam się do pierwszej opcji z jednym zastrzeżeniem. W przypadku preparatów wodnych (farb kredowych, akrylowych) szablon opłukuję wodą zanim farba zdąży wyschnąć. W przypadku środków, gdzie mamy do czynienia z innym rozpuszczalnikiem, powłokę pozostawiam na szablonie. Mycie plastikowego szablonu rozpuszczalnikami typu nitro mogłoby go zniszczyć.

Również 3D

Dzięki szablonom można również uzyskiwać wypukłe ornamenty stosując różnego rodzaju masy strukturalne lub po prostu szpachlę. We wpisach o pudełkach pokazywałam jak takie aplikacje wykonać:

Nanoszenie mas strukturalnych jest łatwiejsze niż farby, ze względu na ich zwartą konsystencję.

pasta strukturalna nałożona przez szablon
 Taśma malarska w roli szablonu

Jeśli marzą nam się wzory geometryczne np. romby. to stara, dobra taśma malarska świetnie zastąpi szablon.

Zapisz

Zapisz

Szablon DIY

W sieci można kupić piękne szablony, ale czasami chcemy zrobić coś na szybko, albo coś osobistego. Można wtedy szablon wykonać samodzielnie z folii odzyskanej ze starej teczki biurowej lub papieru.

Uprzedzam, że samodzielne  wycięcie szablonu z grubej folii wymaga bardzo ostrego skalpela i dużo cierpliwości. No cóż, sztuka wymaga poświęceń.

Szablon papierowy to oczywiście jednorazówka, ale frajda z samodzielnego projektowania i oszczędność kasy to rekompensują.

Właśnie taki jednorazowy szablon zrobiłam do ozdobienia doniczki podczas dekupażowego wyzwania z myDecoria.

Prosty napis wydrukowałam i wycięłam przy pomocy skalpela. Niestety nie zadbałam o to, aby skalpel miał odpowiednią ostrość i niektóre krawędzie wyszły poszarpane. To żaden kłopot – wzmocniłam je taśmą malarską.

Następnie przyłożyłam „szablon” do doniczki. I tu zonk. Zaokrąglona powierzchnia spowodowałaby, że napis nie odbiłby się w jednej linii. Dlatego cyfra „1” została odcięta. Otrzymałam dwa mniejsze szablony, którymi mogłam swobodnie manewrować.

Na pędzel gąbkowy nabrałam czarną farbę akrylową. Następnie kilka razy odbiłam ją na papierowym ręczniku. Dopiero wtedy rozpoczęłam tapowanie na doniczkę.

Trzymam kciuki za Wasze szablonowe dokonania.

Całusy 😉

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Rama po japońsku czyli palone deski

Technika zabezpieczenia i barwienia drewna poprzez wypalanie pochodzi z Japonii. Metoda nazywa się Shou Sugi Ban czyli „spalona deska cedru”. Nie zraził mnie fakt, że cedru nie posiadam. Wykorzystałam naszą, rodzimą sosnę do wykonania ramy z wypalanych deseczek. Stali czytelnicy już się domyślają, że to oczywiście kolejny odcinek recyklingu drewna z palet.

Wypalanie

Do opalania użyłam zwykłego palnika gazowego z niewielką butlą gazową. Koneserzy crème brûlée zapewne posiadają odpowiedni palnik w swojej kuchni.

Ponieważ z ogniem nie ma żartów, deski umieściłam na metalowej ramie w sporej odległości od wyposażenia obejścia, a pod ręką był kubeł wody. Co prawda nie zamierzałam palić moich deseczek jakoś intensywnie, ale ostrożności nigdy nie za wiele.

Praca z palnikiem poszła bardzo szybko. Drewno pięknie się wybarwiło.

Deski po wypaleniu.

Wydawało mi się, że nieźle sfajczyłam moje deseczki. Jak się później okazało, nie do końca. Zauważcie, że sęki w zasadzie nie zmieniły koloru.

Szczotkowanie

Po wychłodzeniu wodą przyszła pora na szczotkowanie. Użyłam szczotki stalowej nałożonej na wkrętarkę.

Szczotka  sprawnie usunęła zwęgloną warstewkę. Niestety drewno zostało wypalone zbyt płytko i miejscami odsłoniło się białawe drewno.

Deski po pierwszym wypaleniu i szczotkowaniu.

Wypalenie oraz szczotkowanie powtórzyłam. Tym razem byłam bardziej stanowcza w swoich poczynaniach i efekt okazał się zadowalający. Sęki podczas wypalania puściły nawet nieco żywicy. Powtórzenie tych dwóch zabiegów nie tylko poprawiło kolorystykę, ale dało lepszą fakturę – więcej drewna wczesnego (jasne słoje) wypaliłam i wyczesałam. Głębsze wyżłobienia dodały deskom charakteru.

Woskowanie

Wykończenie miał stanowić wosk bezbarwny. Myślałam, że podbije czekoladowy kolor drewna. Szybko się jednak okazało, że wydobył prawdziwą naturę sosny – czerwonawe tony. Widać to na zdjęciu poniżej.

Niektórzy kochają taką kolorystykę, ja wolę chłodniejsze odcienie. Dlatego zmieszałam wosk bezbarwny z białym w proporcji 2:1.

Taką mieszankę naniosłam na drewno. Ponieważ na deski był już nałożony wosk bezbarwny, krycie kolejnej warstwy mogłam swobodnie regulować. A chciałam go niewiele, tylko tyle żeby przytrzeć nosa tej czerwieni. Nadmiar wosków starłam ściereczką.

Nakładanie mieszanki wosku bezbarwnego i białego.

Na zdjęciu poniżej widać, że trzy deski, które woskowałam  mieszanką,  mają wyraźnie chłodniejszy odcień.

Elementy metalowe

Rama powstała przez skręcenie desek kątownikami. Zwykle te elementy są ukrywane od spodu, ale ja chciałam je wyeksponować. Dlatego po odtłuszczeniu pomalowałam je farbą w sprayu w kolorze miedzi. Takie kątowniki dostaniecie w sklepie budowlanym za ok. 3 zł/ szt.

 

Jako wypełnienie tablicy zaplanowałam metalową siatkę heksagonalną. Jej koszt jest również niewielki ok. 8 zł/ m2. Siatkę przycięłam do wymiaru ramy.

Następnie przymocowałam ją za pomocą zszywacza tapicerskiego tzw. takera. Rozpięcie siatki wzmocniło i ustabilizowało całą konstrukcję.

Różnego typu duperele miały być mocowane do siatki za pomocą haczyków i spinaczy. Dlatego potrzebny był niewielki dystans między siatką a ścianą. W tym celu przykręciłam z tyłu ramy listewki. Dodatkowo wzmocniły one łączenie desek.

Miejsce na skarby

Mój zbiór skarbów zawisł na nowej tablicy. Pewnie z czasem będzie tam przybywać bardziej praktycznych przedmiotów i notatek. W końcu tablica jest częścią mojego stanowiska do ZPT.

Całusy 😉

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Mroczne pudełko z efektem rdzy

Opracowanie sposobu na rdzę wyszło przypadkiem. Wymyśliłam sobie, że ramę do pewnej tablicy zepnę starymi, zardzewiałymi okuciami – o czym będzie innym razem. Niestety, na stanie brak zardzewiałych akcesoriów. Nawet kilkukrotne wizyty w przydrożnych graciarniach nic nie dały.

Dla mnie rdza to chropowata tekstura + kolor. Dlatego postanowiłam zaprzyjaźnić ze sobą pastę strukturalną i farby akrylowe: pomarańczową, brązową i czarną. Pastę przedstawiałam już we spisie „Pudełko na pędzle…”.

Jeden z kątowników został „skorodowany” mieszankami pasty strukturalnej i farb akrylowych.
Ornament na drewnianym pudełku

Pudełko zostało wcześniej oszlifowane, pomalowane bejcą wodną w kolorze palisander i pomalowane mocno rozcieńczoną, białą farbą akrylową.

Brązową farbę akrylową wymieszałam z pastą strukturalną i naniosłam szpachelką na szablon.

Wygładziłam, zdjęłam szablon i… doznałam lekkiego rozczarowania. Dodatek farby zmienił konsystencję i właściwości pasty. Sama pasta nie podciekała pod szablon. Farba sprawiła, że mieszanka stała się bardziej wodnista i pojawiły się zacieki. Oczywiście nie ma się czym przejmować. Na koniec i tak nie będzie tego widać.

Jak zrobić rdzę

Metoda polega na wymieszaniu pasty strukturalnej z każdym z trzech kolorów (pomarańczowy, brązowy, czarny) oddzielnie i tapowaniu gąbką na powierzchnię. Im więcej warstw nałożymy, tym bardziej wyrazistą teksturę uzyskamy. Podkreślę, że kolory należy nakładać oddzielnie, mieszając je ze sobą dopiero na powierzchni pudełka.

Jak widać na zdjęciu do nakładania mieszanek użyłam pociętego zmywaka kuchennego.

Wokół brzegów pudełka najpierw nałożyłam ciemny brąz, aby uzyskać ciemną obwódkę „skorodowanego” obszaru. Następnie nałożyłam kolor pomarańczowy, ale na mniejszy obszar i bardziej przypadkowo. Potem znowu trochę brązu, który w niektórych miejscach podbiłam czernią.

Wokół ornamentu założyłam najpierw kolor pomarańczowy, który miała stanowić tło dla brązowych zawijasów. W tym celu po wyschnięciu pomarańczowej warstwy, nałożyłam ponownie szablon i tapowałam mieszankę brązową.

Metalowe okucia, które pokryłam rdzą w analogiczny sposób jak pudełko, przybiłam do niego pinezkami tapicerskimi.

Z dedykacją dla LARP-bratanka

Pudełko dedykuję, mojemu bratankowi, który lubuje się w odtwarzaniu rzeczywistości fantasy, gdzie występuje jako alchemik. Mam nadzieję, że przyda się na zwoje zapełnione mrocznymi tajemnicami lub flaszki z bliżej nieokreślonymi substancjami.

 

Całusy 😉


 

 

 

Zapisz

Zapisz

Alter ego drewnianej skrzynki

Co może robić wieczorami ktoś taki, jak ja, kto ma pół garażu deseczek z palet? Siedzi i knuje co z nich wydziergać i to koniecznie coś przydatnego. A jak się okaże, że dzieło cieszy oko to tylko krok od ekstazy nerwowej.

Jedną z pierwszych rzeczy, które chciałam zrobić była skrzynka na drewno do kominka. Niestety napotkane w internecie prototypy jakoś nie chwyciły mnie za serce, aż do momentu gdy trafiłam na kolorowy blog 321 start DIY. Agnieszka pokazała tam szczegółowy tutek do ozdobnej, delikatnej skrzyneczki. Moja skrzynka miała być jej gruboskórnym alter ego: dechy, okucia i ciemny wosk. W końcu miała dźwigać ciężkie kłody drewna na opał, więc musiała być muskularna i niezniszczalna jak Arnold S. w finałowej walce z Predatorem.

Przygotowanie deseczek

Wymiary skrzyniochy miały takie same jak jej styranej życiem poprzedniczki – plastikowej skrzynki na produkty spożywcze. W związku z tym przycięłam:

  • 8 deseczek o długości 60 cm,
  • 4 deseczki o długości 40 cm,
  • 4 listewki o długości 22 cm.

Plan działania był następujący:

Wszystkie elementy drewniane oszlifowałam papierem ścierny o gradacji 80. Szlifowanie miało usunąć tylko większe mankamenty i niebezpiecznie wystające drzazgi.

Wygładzając dechy i myśląc o moim surowym i męskim w wymowie projekcie przypomniała mi się scena z filmu „Grawitacja”, w której to George Clooney puka w okno kapsuły ratunkowej, uśmiecha się i pyta ledwo żywą Sandrę Bullock: Co tu tak ponuro? Dobre pytanie drogi Georgu. Chciałam skrzyniochę skazać na wieczną ponurość, ale na szczęście w porę się opamiętałam. Z pomocą przyszły farby akrylowe w kolorach egzotycznej laguny: ultramaryna, turkus i szmaragd.

Tymi farbami pomazałam wszystko jak leci.

Po wyschnięciu przeszlifowałam papierem ściernym o gradacji 220.

Na to wszystko nałożyłam ciemny wosk. Wtarłam dwie warstwy. Ze względu na to, że skrzynka będzie narażona na obijanie, powłoka musiała być łatwa do reperacji. Lakier nie wchodził tu w grę. Ponadto wosk miał pokreślić wszystkie nierówności i fakturę drewna. Nawet jeśli wosk miejscami się wytrze, w przypadku tej skrzynki to nie ma znaczenia. Jej wygląd na pewno będzie ewoluował.

Uzbrojenie

Skrzyniocha miała być uzbrojona po zęby, więc wyciągnęłam całe żelastwo jakie miałam na stanie. Po jego przeglądzie zdecydowałam, że ścianki połączą metalowe kątowniki, a ukoronowaniem będą masywne uchwyty. Całość miała stać się mobilna, dzięki kółkom.

Takie żelastwo możecie dostać w markecie budowlanym: kątownik ok. 1 zł/szt., uchwyt 5 zł/ szt., kółko 4 zł/szt.

Skręcanie

Wszystkie elementy połączyłam na wkręty. Ponieważ miejsca łączeń były blisko krawędzi, wywierciłam najpierw otwory, które zapobiegły pękaniu drewna.

Jako pierwsze skręciłam krótsze boki, łącząc dwie deseczki i dwie listewki ze sobą.

Następnie do desek, które miały stanowić dłuższe boki dokręciłam kątowniki.

Metalowe elementy bardzo ułatwiły mi pracę, wyznaczając kąty proste łączeń ścianek.

Następnie przykręciłam 4 deski, stanowiące spód skrzynki.

Na końcu przymocowałam kółka i uchwyty.

Tak wygląda gotowa skrzynka:

Skrzynka docelowo jest na drewno do kominka, ale do czasu uruchomienia okresu grzewczego wykorzystywana będzie w bardziej relaksujących okolicznościach.

 

Całusy 😉


 

 

 

Poroże z patyków

Od ubiegłego roku, kiedy na Targach Rzeczy Ładnych zobaczyłam papierowe rzeźby od Paper Sculpture, marzyłam o własnym kolorowym trofeum.  Niestety za sztukę trzeba słono zapłacić, a ja chwilowo nie dysponuję budżetem kolekcjonera.

Niedawno przeczytałam wpis o papierowej głowie jelonka u Mavelo i zrozumiałam, że ogranicza mnie tylko moja własna wyobraźnia. Niewielkim kosztem można również wyczarować coś niezwykłego.

„Rogi”

Wybrałam dwie gałęzie, które skojarzyły mi się z porożem jakiejś parzystokopytnej istoty.

Po oskrobaniu z kory przy pomocy cykliny, „rogi” były gotowe do montażu na podkładce.

Podkładka pod poroże

Deseczki odzyskane z palet znowu się przydały. Z jednej z nich wycięłam podkładkę pod poroże.

Na powierzchni narysowałam ołówkiem kształt do wycięcia.

Stwierdziłam, że obrys wycięty pod kątem będzie ciekawiej wyglądał. Ustawiłam wyrzynarkę w odpowiedniej pozycji i się zaczęło…

Pierwszy raz robiłam coś takiego i przyznam, że jednoczesne utrzymanie odpowiedniego kąta brzeszczotu i linii prostej cięcia nie było takie proste jak założyłam. To jest jedna z tych rzeczy, które będę musiała jeszcze poćwiczyć. W każdym razie, kształt jaki uzyskałam rozminął się lekko z moim precyzyjnym rysunkiem i symetrię szlag trafił.

Osoby przerażone efektami mojej pracy odsyłam do Allegro. Znajdziecie tam piękne deski pod poroża w cenie ok 10 zł. Ja postanowiłam brnąć dalej.

Stał się cud i szlifowanie poprawiło na tyle sytuację, że deseczka nie skończyła jako podpałka w kominku. Miękkie drewno sosnowe okazało się nad wyraz wdzięcznym materiałem w obróbce.

Tzw. rogi przymocowałam do deseczki za pomocą długich wkrętów. Zarówno deseczka, jak i patyki zostały wcześniej nawiercone.

Malowanie

Całe trofeum pomalowałam białą farbą akrylową.

Kolejnym krokiem było użycie metalicznych farb w sprayu w kolorze miedzi i złota. Pomalowałam nimi końcówki „rogów”. Na cały malowany obszar gałęzi naniosłam kolor miedziany.

Po jego wyschnięciu, już tylko na końcówki, dałam złoto. Powstał ładny, metaliczny gradient.

Następnie naniosłam kolorowe pasy i zdobienia farbami akrylowymi. W pierwszej kolejności namalowałam jaśniejsze detale, a dopiero po ich wyschnięciu sięgnęłam po ciemniejszą kolorystykę.

Po wyschnięciu „rogów” pomalowałam podkładkę. Taka kolejność pozwalała na swobodne manipulowanie całym przedmiotem i wygodne malowanie miejsc gorzej dostępnych.

Pasy namalowałam wyklejając je taśmą malarską. Niestety dla lepszej pigmentacji położyłam dwie warstwy farby, a ta ma to do siebie, że szybko tworzy coś w rodzaju błony, która brzydko rwie się podczas odklejania taśmy. Zapewne krawędzie pasów byłyby bardziej czyste, gdybym położyła jedną warstwę farby i na świeżo usunęła taśmę malarską. Niestety moje farby nie miały odpowiedniej pigmentacji.

Remedium na wszystkie niedociągnięcia okazały się kropki, które ukryły nierówne krawędzie.

Całość zabezpieczyłam lakierem akrylowym.

Trofeum uświetniło przedpokój, zajmując miejsca obok kalendarza i ostatnio malowanej ramki.

Całusy 😉


 

 

Pudełko na pędzle i pierwsze próby z pastą strukturalną

W ramach organizacji moich malarskich klamotów zakupiłam drewniane pudełka w markecie budowlanym. Postanowiłam nadać im trochę charakteru, a przy okazji wypróbować nowy (dla mnie) preparat – pastę modelującą czy jeśli ktoś woli – strukturalną.

Przystępując do pracy nie miałam planu. Pudełko jest wynikiem totalnej improwizacji i nie ma nic wspólnego z aktualnymi trendami w wystroju wnętrz. Nie mniej jednak przypadło mi do gustu, bo wpisuje się w klimat mojej rupieciarni (czyt. stanowiska pracy rękodzielniczej). Nie doszukujcie się też większego sensu w kolejności wykonanych czynności. Zdarzało się, że kolejny krok miał zniwelować efekty poprzedniego. Na tym polegała cała zabawa.

Pudełko przed malowaniem oszlifowałam, głównie w celu oczyszczenia.

Nie wiedziałam czego chcę, ale wiedziałam że nie chcę kolejnego białego pudełka. Dlatego całość machnęłam bajcą wodną w kolorze palisander.

Po wyschnięciu powierzchnie przeszlifowałam (papier ścierny o gradacji 220) i chwyciłam za tubkę z gęstą pastą modelującą: Maimeri Acrilico heavy modelling paste, w kolorze białym 830.

Do pudełka za pomocą taśmy malarskiej przykleiłam szablon i szpachelką nałożyłam pastę. Muszę przyznać, że poszło bardzo łatwo. Pasta ma bardzo gładką i plastyczną konsystencję. Mimo to, że szablon nie przylegał idealnie do powierzchni, prawie nic nie podciekło. Produkt zastygł w ciągu kilkunastu minut, tworząc bardzo wytrzymałą powłokę.

Jedyne czego żałuję, to że nie wymieszałam pasty z jakimś kolorem. Kontrast między białą pastą, a ciemnym pudełkiem wydał mi się za duży, więc na całość położyłam bardzo mocno rozcieńczoną, białą farbę akrylową. Ornament jest wypukły, więc i tak będzie widoczny, a ma być tylko tłem, a nie główną ozdobą.

Po przeszlifowaniu powierzchni na środek boku pudełka przeniosłam wydrukowane grafiki za pomocą zmywacza do paznokci z acetonem. Wystarczyło wydruk docisnąć mocno wacikiem.

Jak widać zmywacz zabrał ze sobą część białej farby. Przeszlifowanie w tych miejscach zatarło granice kolorystyczne.

Jakość transferu wyszła średnia, więc kontury podrasowałam czarną farbą akrylową.

Skoro o farbach mowa to metodą suchego pędzla pomalowałam ornamenty i boki pudełka. W ten sposób wprowadziłam błękitne i zielone tony. Potem te kolory wymieszałam z pastą strukturalną i naniosłam na końce transferowych pędzli. Zrobiłam też spływające krople.

Całość zabezpieczyła matowym lakierem akrylowym do parkietów. Aby bardziej wydobyć trójwymiarowe elementy pociągnęłam je dodatkowo lakierem błyszczącym.

Podsumowując, praca z gęstą pastą strukturalną okazała się bardzo miłym doświadczeniem. Zaskoczyła mnie łatwość aplikacji i trwałość uzyskanych zdobień. Pewnie jeszcze nie raz do niej wrócę.

 Całusy 😉

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Tajemniczy ogród na ścianie, czyli cz. 5 cyklu o recyklingu palet

Pomysł na wiecznie zieloną półeczkę narodził się po Wielkanocy, kiedy to z wianków wydłubałam chrobotek reniferowy. Popatrzyłam na tę zieleninę i pomyślałam, że żal chować do pudełka. Wtedy oświeciło mnie, że ciągle mam sporo deseczek sosnowych odzyskanych palet. Mimo tego, że nie jest to łatwy materiał do pracy, bo są nierówne i powyginane, podjęłam wyzwanie.

pointing s  Potrzebne materiały:
  • półka: deseczki: 2 x 50 cm, 2 x 40 cm; listewka 40 cm; bejca; wosk; papier ścierny;
  • szyld: tektura lub karton; wydruk w odbiciu lustrzanych; emulsja biała do ścian; acetonowy zmywacz do paznokci; farby akrylowe (czarna, zielona); lakier akrylowy;
  • plecy półki: siatka o oczkach 1 x 1 cm, chrobotek reniferowy lub mech (mój pochodzi z Allegro), pinezki tapicerskie.
pointing s  Przydatne machiny:
  • wyrzynarka lub piła,
  • wiertarko-wkrętaka + wkręty,
  • nakładka na wiertarkę do szczotkowania drewna lub szczotka stalowa,
  • szlifierka oscylacyjna.
Przygotowanie deseczek a ciemna strona mocy

Pierwszym krokiem było przycięcie deseczek do wymiarów jakie założyłam: 2 deseczki 40 cm, 2 deseczki 50 cm, listewka 40 cm. Użyłam wyrzynarki, ale bardziej krzepkie osoby mogą pracować unplugged – piłą.

A teraz mały „coming out”: przeszłam na ciemną stronę mocy. Po latach lekkomyślnego narażania się na pylicę nabyłam wreszcie maskę masek – uzbrojenie twarzy w niczym nie ustępujące stylówce Lorda Vadera. Większość pań kręci nowa torebka, mnie kręci nowa maska. Mimo, że wygląda pancernie jest to pierwszy model, w którym mogę swobodnie oddychać.

Wszystkie elementy półeczki poddałam szczotkowaniu. Druciana szczotka ładnie wybrała miękkie drewno wczesne. O budowie drewna i szczotkowaniu szerzej możecie poczytać we wpisie o Wyczesanych podkładkach.

Po szczotkowania, niektóre zadziorki zeszlifowałam papierem ściernym o gradacji 180. Nie starałam się specjalnie, bo docelowe szlifowanie będzie zrobione po bejcowaniu.

Skręcanie półki i międzynarodowy wzorzec koślawości.

Muszę przyznać, że nadal nie zaprzyjaźniłam się z wkrętami. Jest to chłodna i trudna relacja, ale wiem, że jak w każdym związku ciężka praca da w końcu rezultaty.

Po skręceniu uzyskałam najbardziej koślawą półkę na świecie – mogłaby leżeć (a w zasadzie wisieć) w Międzynarodowym Biurze Wag i Miar w Sèvres, jako wzorzec koślawości… Spojrzałam na nią i pomyślałam: do cholery, JA nie dam rady! Po godzinie zmagań było już lepiej – półka zaczęła nawet przypominać prostokąt.

Przy tej okazji przypomnę, że przed wkręcaniem dobrze jest nawiercić otwór w drewnie, dzięki czemu unikniemy pękania – szczególnie jeśli miejsce wkręcania jest blisko krawędzi.

Bejcowanie i woskowanie

Do nadania koloru użyłam bejcy wodnej w kolorze szarym.

Po bejcowaniu wszystkie zadziorki stanęły dęba i trzeba było ponownie szlifować, tym razem papier o gradacji 240.

Na koniec w drewno wtarłam wosk biały, który rozjaśnił kolor i podkreślił fakturę szczotkowanej powierzchni.

Tekturowy szyld

Owalny szyld z napisem „Secret Garden” miał być zwieńczeniem półeczki. Kształt odrysowałam i wycięłam z tektury (2 mm) nożyczkami.

Grafika miała być przeniesiona metodą transferu na zmywacz. Pierwsza próba dała marny efekt, pewnie ze względu na dość chropowatą powierzchnię tektury. Dlatego sięgnęłam po moją niezawodną konfigurację transferową: biała emulsja do ścian Śnieżka EKO + acetonowy zmywacz do paznokci ISANA (Rossmann). Podaję z premedytacją nazwy, bo nie każda konfiguracja tego typu produktów daje tak dobry efekt przeniesienia grafiki.

Tekturę potraktowałam jak drewno – nałożyłam 2 warstwy emulsji, wysuszyłam, lekko wygładziłam papierem ściernym (gradacja 320). Na tak przygotowaną powierzchnie położyłam zadrukowaną stroną wydruk laserowy i docisnęłam mocno wacikiem nasączonym zmywaczem. Po chwili wydruk usunęłam,  a moim oczom ukazał się bardzo przyzwoity transfer napisu i ramki.

Przy pomocy czarnej i zielonej farby akrylowej oraz gąbki przyciemniłam brzegi owalu.

Na koniec szczoteczką do zębów napstrykałam czarne kropki z rozcieńczonej, czarnej farby akrylowej.

Całość zabezpieczyłam bezbarwnym lakierem akrylowym do drewna Vidaron (satyna).

Owal celowo nie pokrywa się obrysem ozdobnej ramki. Po bokach zaplanowałam trochę dodatkowego miejsca na pinezki tapicerskie do zamocowania szyldu.

Zielone plecy

Było trochę zamieszania z mocowaniem chrobotka i koncepcją „pleców” półki. Powstały dwie wersje.

Najpierw wycięłam z kartonu prostokąt i okleiłam go taśmą dwustronną, na której miała się trzymać zielenina.

Jak tylko powiesiłam półkę na ścianie większość chrobotka odpadła… Smutek mnie ogarnął, bo akurat byłam „na działce” i nie miałam przy sobie pistoletu i kleju do klejenia na gorąco, który mógłby uratować sytuację. No nic, trzeba było zmienić koncepcję.

Na wsi nie ma pistoletu i kleju, ale jest sklep rolno-przemysłowy. Po krótkiej wycieczce rowerowej wróciłam z siatką z tworzywa sztucznego, o oczkach 1 x 1 cm. Koszt siatki (50 x 40 cm) wyniósł 0,65 zł ! Gdybym była tego świadoma wcześniej, nawet nie spojrzałabym w kierunku taśmy dwustronnej.

Siatkę przymocowałam do ramy takerem. Mocowanie zrobiłam tak, aby z tyłu zostało trochę miejsca. Dzięki temu przeciągnięty przez siatkę rośliny lub ozdoby nie będą opierać się o ścianę.

Chrobotek poprzetykałam przez siatkę, zaczynając od jej dołu, nakładałam na siebie kolejne warstwy, tak aby pasma zieleniny były skierowane ku dołowi.

Widok półki od tyłu.

W stosunku do metody z taśmą dwustronną, zużyłam więcej porostu (ok. 400 g), ale jest on ciaśniej upakowany, dzięki czemu tworzy puszystą powłokę, która wypełniła praktycznie całą grubość półki. Zaletą tej metody jest również możliwość wyjęcia chrobotka z siatki i wykorzystanie do innego projektu. W siatkę można wpleść również kwiaty lub liście. Z tyłu zmieści się nawet kilka probówek z wodą, jeśli ktoś chciałby stworzyć trwałą kompozycję z żywymi roślinami.

Tak bywa z tego typu projektami, że dopiero na końcu okazuje się co zrobiliśmy. Półka stała się ramą, choć i to jest dyskusyjne. Mój mąż spojrzał na moje dzieło i powiedział: ładny ten ołtarzyk… Na szczęście ten eksponat ma tabliczkę z podpisem.

Całusy 😉

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Jak zamienić plastik w kamień, czyli bazyliszek vs farby kredowe

Jedną z moich słodkich tajemnic jest zamiłowanie do literatury i gier w klimacie fantasy: bliżej nieokreślona przeszłość lub przyszłość, magia, dzielni wojownicy i potwory. Gdybym mieszkała w realiach „Wiedźmina” w ogóle nie byłoby problemu z zamianą czegokolwiek w kamień. Po zakupach w Pepco udałabym się do najbliższego legowiska bazyliszka i po sprawie. W naszej rzeczywistości muszę radzić sobie bardziej konwencjonalnymi metodami.

Rozpoczynając ten wpis nie przypuszczałam, że porównam farby kredowe do mitycznego króla węży, ale chyba nie mam już wyjścia. To właśnie one nadadzą plastikowi teksturę i kolor.

Na rynku jest ogromny wybór farb kredowych. Fajne zestawienie znajdziecie na blogu Odnawialnia. W przypadku plastikowej ramki uznałam, że sięgnę do korzeni – po farbę strukturalną, jaką dla mnie jest Annie Sloan Chalk Paint. Farba jest bardzo gęsta i nadaje malowanej powierzchni fakturę. Oczywiście można ją rozcieńczyć wodą i uzyskać gładkie wykończenie, co często robię malując meble. Jednak tym razem nie o to chodzi.

Zdjęcia nie oddają tego,  jak potwornie plastikowa była ta ramka – może nawet lepiej, że nie została przedstawiona bazyliszkowi, bo gad mógłby sam zmienić się w tworzywo sztuczne. No cóż, taki jest urok chińskich wyrobów za 9.99 zł.

Pierwszym krokiem było odtłuszczenie powierzchni, czyli w tym przypadku staranne umycie wodą z detergentem.

Do farby Annie Sloan w kolorze Old White dodałam odrobinę zwyklej, czarnej farby akrylowej, uzyskując szary kolor. W palecie AS jest podobny kolor pt. Paris grey, niestety nie miałam go pod ręką.

Na ramkę naniosłam dwie warstwy farby kredowej i poczekałam aż wyschnie.

Następnie odrobinę białej farby kredowej rozcieńczyłam lekko wodą i dokładnie wymieszałam. Nabrałam niewielką ilość na pędzel i dokładnie wytarłam go w papierowy ręcznik.

Pozostałą resztką delikatnie omiotłam ramkę. Biała farba wydobyła wszystkie nierówności i detale. Tą samą techniką malowałam też ramę do Tablicy Pele-mele.

Na koniec ramkę zabezpieczyłam matowym lakierem akrylowym do parkietów.

W ramkach niesamowite zdjęcia Eugenio Recuenco z kalendarza Lavazza 2007.

Efekt końcowy nie jest tak spektakularny, jak po interwencji bazyliszka, ale nie oczekujmy zbyt wiele: bez ryzyka nie ma zabawy.

Konkluzja tego wpisu jest następująca: trzeba i można malować wszystko !

Całusy 😉

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Złocenie i lakier szklący na gałkach meblowych, czyli błysk widoczny z kosmosu

Po złoconych doniczkach i wielkanocnych jajach, zabawa szlagmetalem nadal mi się nie znudziła. Zaczyna się z tego robić jakieś natręctwo i chyba czas porzucić nadzieję, że nie pójdę w ślady Midasa. Niepomna zagrożenia zabrałam się za kolejny złoty projekt. Tym razem padło na gałki meblowe, bo to przecież taka biżuteria dla wnętrza, więc niech się błyszczy!

pointing s  Potrzebne materiały:
  • drewniane gałki meblowe,
  • szlagmetal,
  • klej do złoceń np. mixtion + pędzel,
  • lakier spirytusowy np. werniks + pędzel,
  • lakier wodny błyszczący (patrz niżej) lub zwykły lakier akrylowy z połyskiem + pędzel,
  • farba akrylowa turkusowa,
  • szerszy pędzel lub waciki,
  • szczoteczka do zębów (lub pędzel ze sztywnym włosiem),
  • pinezki tapicerskie z ozdobnymi główkami + młotek.
Wisienki na torcie

Za punkt wyjścia posłużyły mi sosnowe (śr. 4 cm) i bukowe (śr. 3 cm) gałki zakupione w markecie budowlanym. Cena w przedziale 2-4 zł zachęca do nabycia większej ilości i eksperymentowania.

Wymyśliłam sobie, że wisienkami na torcie będą pinezki tapicerskie. Zrobiłam próbę, czy aby na pewno uda się wbić pinezkę nie niszcząc ozdobnej główki. Zarówno w drewno sosnowe jak i bukowe pinezki weszły bez problemu. Użyłam młotka blacharskiego z obuchem z tworzywa, ale zwykłym też można to zrobić.

Złocenie

Przed transformacją gałki odtłuściłam alkoholem. Tak, jak to opisałam już w Złoconych doniczkach na powierzchnię naniosłam klej do złoceń i odczekałam ok. 15 minut.

Następnie nałożyłam kawałki szlagmetalu w dwóch kolorach złotym i miedzianym – zostało mi sporo skrawków po poprzednich projektach.

Analogicznie jak w przypadku złoconych jaj, zaokrąglona powierzchnia będzie powodować marszczenie folii, ale nie ma się czym przejmować. Wszystkie usterki można łatwo wygładzić pędzlem lub wacikiem.

Na zdjęciu powyżej widać, że błyszczący szlagmetal podkreślił wszystkie nierówności, których w przypadku miękkiego drewna sosnowego było sporo. Widoczne są nawet prążki usłojenia. Jeśli takie wykończenie wam nie odpowiada wybierzcie uchwyty np. z drewna bukowego. To drewno jest twarde, a jego powierzchnia będzie gładka.

Na szlagmetal nałożyłam lakier spirytusowy i odczekałam aż wyschnie.

Knucie i kropki

Lakier wysychał, a ja knułam, jak zepsuć tak ładnie rozpoczęty projekt. Początkowo miała być patyna, ale przez tę zimną wiosnę człowiek jest tak spragniony koloru, że postawiłam na turkus. Gałki opryskałam farbą akrylową, a co większe kropki domalowałam.

Błysk widoczny z kosmosu

Podchodząc bardzo poważnie do hasła przewodniego tego projektu: „niech się błyszczy!” postanowiłam przetestować dwa lakiery wodne, które powinny sprawić, że błysk będzie widoczny nawet z kosmosu: High-gloss Varnish Amsterdam oraz Wodny lakier szklący/ Glaze look Varnish Renesans.

Ten drugi producent zaleca wypiec (80 st. C/ 30 min.) w piekarniku dla uzyskania szklistego efektu i odporności na zarysowania. Zalecenie świetne w przypadku szkła lub ceramiki, ale moje gałki są z drewna, które z pewnością zawiera sobie w sobie resztki wilgoci. Ta podczas obróbki w piekarniku zechce się uwolnić, dewastując szlagmetal. To są tylko moje dywagacje, ale uzasadniają dlaczego zrezygnowałam z obróbki termicznej.

Na gałki o mniejszej średnicy poszedł Amsterdam, a na większe Renesans – dałam 4 cienkie warstwy. Lakier marki Renesans ma konsystencję wodnistą i trzeba bardzo uważać, żeby nie powstały zacieki. Amsterdam jest gęstszy, żelowy i aplikuje się swobodniej. Uzyskany efekt jest zbliżony, z przewagą  szklistego efektu dla Renesansu.

Na koniec wbiłam pinezki tapicerskie. Dzięki temu, że na początku zrobiłam otwory pilotażowe poszło to bardzo sprawnie, bez ryzyka uszkodzenia lakieru.

Nie pozostało już nic innego, jak zamontować i cieszyć się błyskiem.

Ostrzeżenie

Uwaga: malowanie gałek meblowych ma tendencje do przeradzania się w uzależnienie – poniżej kolejny komplet, tym razem ultramaryna i złoto. Mam nieodparte wrażenie, że nie jest ostatni…

Całusy 😉


Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Wianek z doniczkami

Historia niedźwiedzio-borga wyrwanego brutalnie ze snu zimowego, opisana w „Złoconych doniczkach”, uczy że w pewnych stanach świadomości nie chodzi się do marketów budowlano-ogrodniczych. Na nieświadomych zagrożenia klientów czyhają tam zagrożenia takie, jak maleńkie, słodkie doniczki z terakoty. Są one „za małe” w kosmicznym tego słowa znaczeniu: za małe, aby ich nie kupić, potem za małe, żeby w nich coś posadzić, a na koniec za małe, żeby je porzucić bestialsko na dnie szafy gdańskiej. W tej sytuacji jedynym wyjściem jest wianek i to w dodatku z opcją całoroczną.

pointing s  Potrzebne materiały:
  • małe doniczki terakotowe,
  • obręcz styropianowa lub słomiana,
  • jaja styropianowe dopasowane wielkością do doniczek,
  • ocieplina (opcjonalnie),
  • tkanina lniana lub ściśle tkana juta, albo inna wg. uznania,
  • drut florystyczny,
  • klei i pistolet do klejenia na gorąco,
  • rafia,
  • mech (luzem),
  • chrobotek reniferowy,
  • piórka.
Jaja w mchu

Doniczki miałam w dwóch rozmiarach. Stwierdziłam, że w większych „zasadzę” jaja pokryte mchem. W tym celu, za pomocą kleju na gorąco,  jaja styropianowe okleiłam mchem. Najlepiej do tego celu nadaje się mech luzem. Ten w plastrach zostawcie na inną okazję.

Po oklejeniu jaja, mech docisnęłam do powierzchni, a to co nadal odstawało przystrzygłam nożyczkami.

Wianek

Styropianowa obręcz (śr. 30 cm) jaką dysponowałam była dosyć cienka. Chciałam aby doniczki lekko „wtulały się” w nią. W tym celu oponkę owinęłam najpierw ociepliną, a potem pasami tkaniny. Obie warstwy były mocowane na klej na gorąco.

Kolejnym etapem było zamocowanie doniczek. Mimo tego, że są maleńkie i słodkie to jednak z terakoty, w dodatku planuję wymianę ich wypełniania w zależności od pory roku lub okoliczności, więc całość musi być bardzo stabilna. Dlatego najpierw przytwierdziłam je do materiału klejem na gorąco, a potem drutem florystycznym. W rezultacie są nie do ruszenia.

W mniejszych doniczkach umieściłam pomalowane jaja styropianowe. Ponieważ były trochę za małe, z rafii zrobiłam gniazdka, które wypełniły lukę.

Przestrzeń między doniczkami wypełniłam piórkami i chrobotkiem, który przymocowałam szpilkami. Mam zamiar wymienić go później na coś innego, więc musi się łatwo demontować.

Całoroczny wianek z doniczkami gotowy! W kolejce, do wymiany dekoracji w doniczkach, czekają sukulenty.

Całusy 😉

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz